Forum House M.D Strona Główna
 FAQ   Szukaj   Użytkownicy   Grupy    Galerie   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 

(Nie) rozerwalne [Z*]
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum House M.D Strona Główna -> Huddy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Marcelina
Pacjent
Pacjent


Dołączył: 31 Sie 2010
Posty: 58
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 17:50, 29 Lip 2013    Temat postu:

O żesz... Idealne, przepiękne zakończenie. Absolutnie magiczna historia.

"Szczerość i ciepły ton jego głosu sprawiły, że w końcu przestała walczyć. Zaczęła oddychać. Jego powietrzem. " ---> gdybym mogła, postawiłabym Ci za tez zdania pomnik

Podobała mi się ta niepewność House'a na końcu. To takie w jego stylu.
Nie ukrywam też, że na końcu 'wleciał mi piasek do oczu'...

Żal mi,że to już koniec, jednak pocieszam się tym, że może za jakiś czas stworzysz coś równie świetnego!


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
OLA336
Narkoman
Narkoman


Dołączył: 30 Lis 2008
Posty: 3408
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 10 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 22:05, 31 Lip 2013    Temat postu:

No hej
Powiedz Ty mi, co ja mam Ci napisać, co? Przecież Ty już wszystko wiesz! Że świetnie, że z pomysłem, że zaskakująco, że rewelacyjnie, że cudownie Ty już wszystko wiesz... nawet to, że ja bardziej No ale... Bardzo mnie cieszy, że przy Z pojawiła się gwiazdka to napawa mnie ogromną nadzieją mam wrażenie, że skoro pojawiła się gwiazdka, to na pewno coś tu się jeszcze pojawi W końcu cała ich trójka upsss... dwójka no dobra, Cuddy jest z House'em więc trójka (tym razem jej się upiekło ) jest cudowna i rewelacyjna Chciałam napisać, że kocham ich zarówno razem jak i osobno ale znowu bym musiała pisać, że jednak dwójkę więc... sama rozumiesz



- Bardzo bym chciał - wyszeptał. Szczerość i ciepły ton jego głosu sprawiły, że w końcu przestała walczyć. Zaczęła oddychać. Jego powietrzem.


Czapki z głów, pokłony, klękajcie narody i... Ty jak coś napiszesz, to napiszesz Toż to jest... ja nawet tego odpowiednio nazwać nie potrafię! Zdolniacha z Ciebie po prostu

Część jest idealna pod każdym względem. Strzał w setkę, bo w dziesiątkę to zdecydowanie za mało Na koniec napiszę Ci jeszcze, że... z pewnością będę do tego fiku wracać i wracać jak zresztą do każdego Twojego opowiadania Brawo mistrzyni Czekam aż Twój wen znowu z czymś do nas przydrepta. Powiedz mu, że na niego czekam i ugoszczę go w należyty sposób Jeszcze raz brawo i dziękuję, że mogłam przeczytać i że będę mogła czytać coś tak niesamowitego Jak przyjdą mi do głowy jakieś nowe komplementy a nie tylko te co już znasz, to Ci je jeszcze wypiszę bo ja bardziej


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
lisek
Neurolog
Neurolog


Dołączył: 21 Lip 2009
Posty: 1684
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 27 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Śro 19:42, 26 Lut 2014    Temat postu:

Po pierwsze, minęły lata świetlne więc na początek się przywitam Po drugie dziękuję za wszelkie kometarze dające kopa do pisania i w ogóle. Bez nich ani rusz. Po trzecie, chyba już nie potrafię, długa przerwa w pisaniu to nie jest dobry pomysł, ale dla tych, co mnie znają lub pamiętają to wiedzą, że to dla mnie nigdy specjalnie przeszkodą nie było. Więc na własną odpowiedzialność i ryzyko czytających wrzucam kolejną część. Obecnie jestem na etapie duńskich kryminałów więc wen chyba poszedł w totalną odskocznie, ostrzegam będzie na słodko, choć nie ukrywam, że miałabym ochotę umieścić Huddy w jakimś kryminale. Może wen, da się przekonać. Ale nie tym razem. Dla tych, którzy oprócz oryginalnego Huddy lubią też wersję light




XXXII - I "tak" i "nie."



Jakiś czas później...


Duże, nieco chłodne pomieszczenie, zwłaszcza grube mury, których dotykał. A przecież było lato. Wtedy powinno być ciepło. Lubił lato. Dziś był wyjątkowy dzień, a przynajmniej tak tłumaczyła mu od rana mama. Zastanawiał się dlaczego, niestety, jakoś wszyscy byli dziwnie zajęci. Do tej pory nie miał okazji zadać tego pytania. A bardzo lubił je zadawać. Pytania były fajne. Zawsze dowidaywał się czegoś nowego. Tyle tylko, że większości fajnych rzeczy, jak się okazywało, nie można mu było robić. Miejsce, w którym obecnie przebywał było nie tylko zimne, ale i bardzo jasne. Olbrzymie żyrandole i mnóstwo mniejszych lampek zwisających ze ścian. I kwiatów. Tych ostatnich jednak jakoś specjalnie nie lubił. Tydzień temu róże u babci Arlene w ogródku strasznie go podrapały. Nie rozmiał, jak kobieta mogła być niezadowolona z faktu, że wspaniałomyślnie próbował je wykopać. Właściwie to z dorosłych rozumiał tylko House'a. On jeden umiał się bawić. Rozejrzał się ponownie po pomieszczeniu i stwierdził, że ktoś tu strasznie lubił rysować. Jeszcze nigdy nie widział tylu mazideł. No i zachodził w głowę, kto pozwolił temu komuś malować po ścianach? - Wspomnianą rzeczywistość analizował chłopiec z bujną czupryną i niezwykle niebieskimi oczami. Może kaplica, bo podobno tak nazywało się to miejsce, było jedynym na świecie, w którym można było bezkarnie malować po ścinanach. Strasznie żałował, że nie zabrał ze sobą swoich mazaków. Może chociaż tutaj byliby zadowoleni z jego pracy, bo gdy ostatnio namalował fajowskie ogniki na ściannie salonu, te same, które House ma na swojej lasce, mama nie była specjalnie zachwycona. Niepewnie spojrzał w stronę grupki dorosłych. Przecież zawsze go pilnowali. Cóż, jeszcze niczego nie rozbił, więc pewnie dlatego nie zwracają na niego uwagi. Wzruszył ramionami. Wcale mu to nie przeszkadzało, a jego wzrok od razu powędrował na olbrzymią wazę stojącą w rogu. Był pewny, że w środku musi być coś fajnego. W filmach, które oglądał z House'm zawsze wyciągali z takich pojemników kości, albo coś równie ciekawego. Rozejrzał się wokół, po czym nieśmiało zbliżył się do niej. Gdy dzieliły go już tylko centymetry od odkrycia tajemnic grobowca (lub wazy) usłyszał typowy w takich momentach rozkaz.
- Ani kroku dalej. - Jak na zawołanie zrobił smutną, ściskającą za serce minkę.
- Ale ja tylko...
- Już ja wiem, co ty tylko, a potem wszystko i tak byłoby na mnie. Wracaj, to nie podlega dyskusji.
- A negocjacjom? - Wyrecytował, uważając, by właściwie poskładać trudne słowo. Bardzo przydatne. House zawsze go używał, gdy chciał czegoś od jego mamy.
- Sprytne, ale nie tym razem. - Starszy z nich uśmiechnął się pod nosem, po czym spojrzał na zawiedziony wyraz twarzy przed sobą. - No już.
- A jakie masz instrumenty? - Zapytał zadziorny głosik.
- Argumenty. Kilka, a główny to taki, że chcę jeszcze trochę pożyć.
- W dzbanku jest potwór, który zjada niegrzecznych człowieków?
- Znowu oglądałeś filmy z doktorem Chasem? - Para wymieniała się pytaniami. Po drodze mijali rzędy ustawionych równiutko krzeseł. Tysiące krzeseł. - Wybierz sobie jedno. - Lekko posiwiały mężczyzna wyjął z kieszeni lizaka. - Na zgodę. - Zawsze działało. Uśmiechnęli się do siebie. - Ale nie to. Tu siedzi matka Cuddy. - Przewrócił oczami.
- A to?
- Matka Wilsona. Miej litość.
- A tam? - Wyliczał zaciekawiony czterolatek.
- To miejsce pana młodego. Gwarantuję ci, że to najgorsze miejsce ze wszystkich tutaj.
- No to wybieram tamte. - Wskazał zdecydowanie. Mężczyzna z laską w ręcę westchnął zrezygonowany.
- Kiedyś mnie zabijesz. Cofam to, co powiedziałem. Tamto jest najgorsze. To miejsce dla księdza.
- Ksiądz to ktoś zły? - Chłopak w wypowiedzi opiekuna bez trudu odczytał niechęć do wspomnianej osoby. Przenikliwe spojrzenie wywiercało mu właśnie dziurę w głowie. Na szczęście wspomniany osobnik zdążył się już przywyczaić. Poza tym, prawie zawsze miał gotową odpowiedź, nawet na najdziwniejsze pytania. A takowe ostatnimi czasy zaczynały się mnożyć w zastraszającym tempie. Na szczęście bardziej ku rozpaczy rodzicielki szkodnika stojącego tuż przed nim. I wszystkich innych, którzy mieli przyjemność zetknąć się z jego, na szczęście, nie do końca idealną kopią.
- Nie zupełnie.
- To znaczy?
- Ani dobry ani zły.
- Czyli trochę taki jak ty. - Tym razem było to raczej stwierdzenie niż pytanie. Diagnosta spojrzał zdumiony i porażony szybkością i trafnością spostrzeżeń, jakby nie było, kilkuletniego chłopca. Oczywiście nie mógł sobie pozowlić na takie zakończenie tematu. Nie byłby sobą, gdyby nieco nie ubarwnił rozwiązania sprawy.
- Jest różnica. Ksiądz nie może mieć dziewczyny, a ja mogę. Nawet kilka.
- Ale nie masz. To znaczy, że jesteś księdzem? - Nathe w końcu wybrał miejsce. Za to House stanął jak wryty. Doszedł do wniosku, że na starość zaczyna tracić swoje wyczucie odnośnie podejmowanych tematów rozmów. Mały ewidentnie czekał na odpowiedź. Mężczyzna dokuśtykał do wybranego miejsca i ponownie przewrócił oczami. Ostatnio robił to zdecydowanie częściej niż kiedyś.
- Nie jestem.
- Ale...
- Nie trzeba mieć oficjalnej dziewczyny. Wystarczy, że przychodzi się do jakiejś wieczorem i potem długo nie wychodzi. Resztę wyjaśnię ci za parę lat. W innym miejscu.
- Przychodzisz do mamy. - Wiele rzeczy potrafił ukrywać, ale dumy z syna nigdy. Zwłaszcza w takich chwilach. Nathan błyskawicznie łączył przysfajane fakty.
- Gen bystrości masz zdecydowanie po mnie – pomyślał. - Widzisz. Nie mógłbym być księdzem.
- Acha. Długo jeszcze? - Usłyszawszy kolejne pytanie, nie ukrywał zdziwienia. Był pewny, że kwestia roztrząsania jego świętości jeszcze trochę potrwa.
- Nie. Jak widzisz harpie i łosie już się schodzą. - Z lekkim niesmakiem zmierzył powiększający się tłum gości.
- Nudzi mi się.
- To pośpiewaj sobie.
- Nie mam gitary. - Nawet nie musiał się odwracać, by widzieć na sobie wzrok syna.
- Ja też nie mam.
- Mama idzie. Ładnie wygląda.
- To prawda.
- Skąd wiesz, nie odwróciłeś się.
- Widziałem ją rano. - Z trudem ukrywał błąkajcy się po twarzy uśmiech.
- Nie chce wiedzieć o czym myślisz. - Do dwójki mężczyzn w garniturach, to znaczy, młodszym w mini garniturze i straszym w koszuli i wytartej marynarce dołączył trzeci. We fraku.
- Właśnie straciłem stówke. Obstawiałem, że nie przyjdziesz.
- A ja, że polubisz Rebekę.
- Który to już raz? Szósty?
- Daruj sobie. Brałem dwa śluby cywilne. Ten jest pierwszym kościelnym. I jedynym – odpowiedział, wyprzedzając kolejną zaczepkę rozmówcy.
- Fajnie wujek wyglądasz.
- Dzięki. - Mężczyzna przykucnął przy chłopcu i pogłaskał go po głowie. Chyba nikomu nie podobały się jego rozczochrane włosy.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że ekscytujesz się opinią czterolatka.
- Cieszę się, że tu jesteś.
- Nie odpuściłbym darmowego alkoholu.
- A ksiądz może pić piwo? - Obaj mężczyźni spojrzeli po sobie.
- Nie. - Odpowiedział onkolog.
- No to faktycznie nie możesz być księdzem. - House westchnął zrezygnowany. Wilson natomiast roześmiał się głośniej niż powinien. Domyślał się, że jego przyjaciel wpakował się w kolejną interesującą rozmowę z synem. Nathan pod tym względem, jak i pod wieloma innymi był wyjątkowym dzieckiem.
- Wiesz, on nawet gdyby chciał nie mógłby być księdzem. - Dwie pary błękitnych oczu wpatrywały się w onkologa z zaciekawieniem. - Oni nie mogą mieć dzieci. - Puścił oczko w stronę uśmiechniętego malucha.
- House jest moim tatą. - Błyskawiczna odpowiedź i duma w głosie chłopca sprawiła, że poczuł ciepło w okolicy klatki piersiowej. Od kilku lat, co jakiś czas, musiał się borykać z tą przypadłością. Przyzwyczaił się. Ba, nawet ją polubił.
- Dzięki. Już będę wiedział do kogo dzwonić, jak zada kolejne dziwne pytanie.
- Czyżby z Cuddy przestaliście nadążać? - Wilson przysiadł się do swoich gości.
- Stworzyliśmy potwora. - Szepnął mu na ucho.
- Słyszałem.
- Szkoda, że nie słyszysz jak mówię, żebyś sprzątnął graty w przedpokoju. Kiedyś te ustrojstwa mnie zabiją. - Na swoją pełną zarzutów wypowiedź otrzymał najszczerszy uśmiech świata.
- Lubię swoje strojstwa.
- Mógłbyś chociaż udawać, że mnie wspierasz. - Nathan nie przestwał rechotać. Siedzący obok Wilson również.
- Nie jestem Cuddy.
- Wujek, a czemu bierzesz ślub?
- I to jest dopiero właściwe pytanie. - Diagnosta rozsiadł się wygodniej, odkładając laskę na bok, blokując tym samym dostęp do kilku krzeseł obok.
- Bo kocham Rebekę i chce z nią zamieszkać.
- A bez ślubu nie możesz?
- Mógłbyś chociaż udawać, że cię to nie bawi. - Tak, role szybko się odwróciły, a zarzut został skierowany do najstarszego z mężczyzn siedzących w rządku eleganckich krzeseł. - Nathe, to trochę bardziej skomplikowane. - Nie lubił, gdy dorośli tak mówili. Zwykle na tym kończyli swoją odpowiedź, a on przecież próbował zrozumieć. - To jest tak, kochanie kogoś i mieszkanie razem nie zawsze idzie w parze ze ślubem, ale najlepiej, gdy właśnie tak jest. Rozmiesz? - Mały skinął głową.
- House, kochasz mamę? - Nie upłynęły nawet dwie sekundy, gdy w powietrzu zawisło kolejne pytanie. Onkolog po raz kolejny zaśmiał się głośniej niż powinien. Uciszyło go dopiero mordercze spojrzenie przyjaciela.
- Zrób mi tę przyjemność i z łaski swojej idź tam i powiedz w końcu to cholerne "tak" i miejmy to już za sobą. - Żywiołową konwersację eleganckich dżentelmenów przerwało pojawienie się brunetki. Zawsze miała idealne wyczucie czasu. W domu i w szpitalu. Okazało się, że w kaplicy również. Jakimś cudem pojawiała się akurat wtedy, gdy na przykład obrażał pacjenta, wykonywał zabieg, na którego wykonanie zgubił zgodę lub zajadał się chińszczyzną leżąc w jej nieprzyzwoicie drogiej, satynowej pościeli. Jak zwykle w takich chwilach, podnosił wzrok, a jej ogniste spojrzenie już na niego czekało. Na szczęście dziś nikogo nie zdążył jeszcze obrazić. Nie licząc księży i kilku gości ze strony panny młodej. Uśmiechnął się. Niebotycznie wysokie szpilki, dopasowana elegancka, czarna sukienka i delikatne, dopełniające całości korale spływające po jego ulubionych wypukłościach – oto widok, który miał przed sobą.
- W czymś przeszkodziłam? - Zapytała niewinnie.
- Wybaczcie, na mnie już pora. - Wilson poklepał Nathana po ramieniu. Zanim się oddalił, zrobił jeszcze krok wstecz i tę samą czynność powtórzył wobec diagnosty. Administratorka obdarzyła wspomnianą trójkę niepewnym spojrzeniem, po czym ostatecznie zajęła zwolnione przez onkologa miejsce.
-Nie odpowiedziałeś. Tak czy nie? - Właśnie na to czekał. Jego syn jeszcze nigdy nie pozostawił pytania bez odpowiedzi. W tym względzie był gorszy niż jego najlepszy i jedyny przyjaciel z tymi swoimi niekończącymi się od lat kazaniami. Wolał nie analizować po kim akurat to odziedziczył szkodnik. Był gotów wiele poświęcić, by Cuddy nie została wciągnięta w tę egzystencjonalno – uczuciową konwersację.
- Tak. - Odpowiedział. Krótko, zwięźle i na temat. Wielkie oczy i mina towarzyszki powiedziały mu wszystko.
- Czy aby na pewno zająłeś właściwe miejsce? - Kobieta uśmiechała się od ucha do ucha, z trudem się kontrolując.
- Daruj sobie. - W takich chwilach nie miała złudzeń po kim jej syn odziedziczył minkę obrażonego czterolatka.
- Poza tym, dlaczego siedziemy sześć rzędów za moją matką? - Za to House nie miał wątpliwości po kim Nathan posiadł umiejętność błyskawicznego przeskakiwania z tematu na temat.
- To on je wybrał. - Oskarżającym gestem wskazał na zapatrzonego w trwającą ceremonię syna.
- Przypomnij mi, który z was ma cztery latka.
- Wychodzę. - W momencie, w którym diagnosta wstał i próbował wyjść, ksiądz odczytywał regułkę w stylu "jeśli ktoś z obecnych tu na sali zna powód dla którego tych dwoje nie powinno..." Wszystkie pary oczu na sali skupiły się na mężczyźnie z laską w ręce. Morderczy wzrok Wilsona i matki panny młodej zrobiły na nim naprawdę duże wrażenie. Pomachał przyjacielowi, gestem dłoni wskazując, że mogą kontynuować. Bardziej rozbawiony niż zakłopotany wrócił na zajmowane wcześniej miejsce. Z uśmiechem obserwował, jak Cuddy próbowała zsunąć się jak najniżej na swoim krześle, za to Nathe zaczął bić brawo.
- Możesz być pewny, że następnym razem zostawię cię w domu.
- Dlaczego mamusiu?
- Kochanie, mówiłam do House'a.
- Następnym razem? A podobno tylko ja nie wierzę w to małżeńswto.
- Nie mam pojęcia, dlaczego wciąż jesteśmy razem?
- To wiele o tobie mówi.
- Matka miała rację mówiąc, że postradałam zmysły.
- Przyznaj się. Umierasz z ciekawości, co potwierdzałem szkodnikowi, albo na co się zgadzałem.
- I tak bym za ciebie nie wyszła. - Mina, którą miał przed sobą i to, co odczytywał w jej oczach było tak odmienne, że nie mógł się nie uśmiechnąć.
- Nie poprosiłbym cię o rękę. Wiesz o tym. Podpuszczasz mnie.
- Nienawidzę cię. - Lubiła z nim pogrywać w ten sposób. Oboje to lubili.
- Zgodziłabyś się - rzucił pewny swego.
- Nie dowiesz się dopóki nie zapytasz.
- Przeszkadzacie mi. Wujek właśnie mówi "tak" i chyba płacze.
- Czuję, że nie będzie jedyny.
- House, powiedział że cię kocha.
- Oczywiście. Właśnie czegoś takiego...
- Wiem o tym, kochanie. - Brunetka z premedytacją przerwała wypowiedź diagnosty. Westchnął zrezygnowany.
- A ty go kochasz?
- Niestety.
- Teraz już wiem, które miejsce było najgorsze.
- A ja zyskałam pewność, że powiedziałbyś tak. - Triumfujący uśmiech administrtorki był irytujący. Miał wielką ochotę kogoś pocałować.
- Nienawidzę cię - odpowiedział, urealniając jednocześnie swój zamiar.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez lisek dnia Wto 17:58, 18 Mar 2014, w całości zmieniany 9 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
OLA336
Narkoman
Narkoman


Dołączył: 30 Lis 2008
Posty: 3408
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 10 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 10:32, 27 Lut 2014    Temat postu:

Dobra, wiem, że mnie długo nie było ale... To się zmieni Ale teraz nie o tym...


LISEK!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! no cześć Jak ja się cieszę, że Cię widzę Ale to już wiesz Przejdę wiec do tekstu


Ale fajny Mały Łobuziak Ciekawe po kim Słodziak

A ich rozmowa... Musiałabym skopiować całą I oczywiście, że ksiądz to ZŁO

House i jego wrodzona skromność Ale muszę się z nim zgodzić Wszystko co najlepsze Mały ma po nim I tak, dalej mi nie przeszło z Cuddy

Biedny Wilson

- A ksiądz może pić piwo? - Obaj mężczyźni spojrzeli po sobie.
- Nie. - Odpowiedział onkolog.
- No to faktycznie nie możesz być księdzem.


Kocham tego dzieciaka

- Szkoda, że nie słyszysz jak mówię, żebyś sprzątnął graty w przedpokoju.

Myślę, że tak zwany słuch wybiórczy też ma po tatusiu Masz itp słyszy, ale z resztą jest problem Mój chrześniak też tak ma Nie, nie po mnie

- Przypomnij mi, który z was ma cztery latka.
- Wychodzę. - W momencie, w którym diagnosta wstał i próbował wyjść, ksiądz odczytywał regułkę w stylu "jeśli ktoś z obecnych tu na sali zna powód dla którego tych dwoje nie powinno..." Wszystkie pary oczu na sali skupiły się na mężczyźnie z laską w ręce. Morderczy wzrok Wilsona i matki panny młodej zrobiły na nim naprawdę duże wrażenie. Pomachał przyjacielowi, gestem dłoni wskazując, że mogą kontynuować. Bardziej rozbawiony niż zakłopotany wrócił na zajmowane wcześniej miejsce. Z uśmiechem obserwował, jak Cuddy próbowała zsunąć się jak najniżej na swoim krześle, za to Nathe zaczął bić brawo.


Leżę, śmieję się i nie wstaję

Jaka świetna część Rewelacja Czyli... tego się nie zapomina Pisz, pisz I kryminał i wszystko Bo mimo przerwy wychodzi Ci to rewelacyjnie A ja... no też tu wrócę już niebawem z... czymś No... więc o ile część świetna, znakomita, rewelacyjna tak... mój komentarz nie ma składu i ładu :lol:Ale mam nadzieję, że i tak go zrozumiesz Wena ;> i ja czekam i ja bardziej


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum House M.D Strona Główna -> Huddy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6
Strona 6 z 6

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group

Theme xand created by spleen & Soft.
Regulamin